Menu
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP
DO PRZEMYŚLENIA

Za głębokiej komuny żartowaliśmy z kolegami, że będą nas wieszać na latarniach jak Targowicę za wyczyny władzy. Że niby służyliśmy. Kto służył, ten miał się nieźle, ale większość chciała zachować czyste sumienie i płaciła za stałe rozterki własnym życiem. Gdy zaczynałam pracę w zawodzie, był to jeden z najbardziej niebezpiecznych fachów - trzeci po oblatywaczach samolotów i chirurgach. Średnia wieku dziennikarzy wynosiła wówczas 53 lata.

Po upadku komuny nie wieszano nas, ale znikały nasze pisma, a nowe bez rozgłosu postawiły na nas krzyżyk. Niemałe osiągnięcie odnotowała wtedy komisja likwidująca RSW Prasę (oficjalna nazwa tego molocha miała jeszcze dwa człony: Książka, Ruch), która w ostatnich latach wchłonęła wszystko, co dało się pożreć.

Komisja zabawiła się rozdawnictwem tytułów powstającym wówczas partiom politycznym. Dlaczego? To słodka tajemnica likwidatorów. Nie szkodziło to nikomu poza zatrudnionym w tamtych redakcjach osobom, jeśli w konsekwencji znikały z rynku tytuły nikomu niepotrzebne lub wręcz szkodliwe. Ale trudno przejść do porządku dziennego nad zniszczeniem magazynu "Razem" dla młodzieży, danemu w prezencie Konfederacji Polski Niepodległej, czy "Expressu Wieczornego", najpopularniejszej wówczas popołudniówki, z niebotycznymi jak na czasy "Super Expressu" i "Faktu" ambicjami, przekazanego Porozumieniu Centrum.

Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza, olbrzymi koncern prasowy, w zasadzie monopolista na rynku, ze spółdzielnią nie miał nic wspólnego. Była zarządzana jak firma państwowa, ważniejsza dla władzy niż wiele strategicznych przedsiębiorstw. Jednak zwodnicze słowo spółdzielnia pozwoliło ograbić dziennikarzy z przywileju, jaki dostali pracownicy przedsiębiorstw państwowych - 15 procent wartości sprywatyzowanego majątku. Urzędniczka telekomunikacji, która przetrwała przy jednym biurku 30 lat, dostawała akcje wartości kilkuset tysięcy złotych, dziennikarze płacący własnym życiem za uprawianie zawodu nie dostali nic.

Pierwszy tłum bezrobotnych, jaki ujrzałam, tworzyli moi koledzy szukający pomocy w stowarzyszeniu dziennikarzy. Nowi decydenci uznali, że żurnaliści, którzy pracowali w PRL-u są skażeni. Ksiądz Tischner przyswoił na to termin homo sovieticus - oczywiście w rozleglejszym zakresie - wymyślony przez Saula Bellowa.

Nie miało się jednak nic wspólnego z sovieticusem, jeśli potrafiło się załapać do menedżmentu nowego czasu. Wtedy życie w Polsce Ludowej było zasługą, bo oznaczało męczarnie, tortury niemal fizyczne, a w każdym razie moralne, polityczny niebyt etc. Nawet jeśli było się wówczas członkiem PZPR. Menedżmentowi nie zagląda się w zęby, więc nieważna jest rzeczywista przeszłość.

I przecież nikt z młodych podwładnych menedżmentu nie pamięta zamierzchłych czasów PRL. A jeśli nawet pamięta, to nie gazety i ich treści ani ludzi, którzy je płodzili. Pamięta najwyżej strach przed dwóją w szkole, a nieraz nawet i tego nie. Rzecznik rządu Millera w pamiętnym 1989 roku, kończył szkołę podstawową. Tywonek Buzka był niewiele starszy.

Doszła do tego komercja, o jakiej nam się nie śniło. Idealizowaliśmy zachodni świat z jego nadmiarem produktów, w tym i oszałamiających kolorem gazet. Tymczasem nadmiar oznaczał bezpardonową walkę. Uśmiechy i uprzejmość sprzedawców były w niej bronią. Należy jak najwięcej sprzedawać, ponieważ liczą się tylko pieniądze. Aby cię kupili, musisz się podobać. Musisz być ładna, kolorowa i lśniąca, łatwa, raczej do oglądania niż do czytania, bo czytanie męczy mózg.

Wydawcy sądzą, że męczy zwłaszcza kobiecy. Dlatego przygotowują co tydzień przeżutą tysiąc razy papkę, której przełknięcie nie wymaga żadnego wysiłku. Porady na każdą okazję. Wtedy kartka tekstu o różnicy między nagniotkami a odciskami zajmuje kolegium redakcyjne "Poradnika Domowego" przez godzinę. Ówczesny właściciel tego pisma Prószyński dawał do czytania zaplanowane do druku teksty swojej dziewięcioletniej córce (teraz dziecko ma już dobrze po dwudziestce), która podkreślała nieznane jej wyrazy. Powinny zostać zamienione przez autorkę lub autora (faceci też zarabiają w takich pismach), którzy w następnych swoich dziełach nie użyją już inkryminowanych słów. Muszą je przecież zrozumieć czytelniczki po szkole podstawowej, najwyżej po zawodówce.

Nie wolno pisać negatywnie o żadnym zawodzie, żadnym środowisku, bo wszędzie kryją się potencjalni odbiorcy. Zdanie wybitnego profesora Akademii Medycznej, że bez anestezjologii chirurdzy byliby nadal cyrulikami, cenzurująca tekst żona wydawcy Prószyńskiego opatrzyła pytaniem: A co na to chirurdzy?

Wprawdzie większość Polaków wyższym wykształceniem się nie plami, ale z tej większości nieco wyższe mają kobiety. A jednak one, te zaharowane, zmęczone, niepewne jutra Polki są traktowane jak słodkie idiotki i one to kupują. Nawet te z wyższym wykształceniem. Zupełnie tego nie rozumiem.

Świat i życie w tych gazetach ociekają lukrem, porównywalnym jedynie z partyjnymi wstępniakami w Polsce Ludowej. Tylko tam było cudnie, ale sieriozno, a tu cudnie, słodko i seksownie.

Doznajemy boleśnie na własnej skórze skutków wolnego rynku prasy i cywilizacji konsumpcyjnej, które kiedyś wydawały się celem niemożliwym dla nas do osiągnięcia. Ja sama przebiegałam oczami niezauważalnie analizy Ericha Fromma w "Ucieczce od wolności":

Bezustanne bombardowanie dźwiękami radia, wielkie nagłówki, które zmieniają się trzy razy dziennie uniemożliwiając wybór rzeczy naprawdę ważnych, widowiska, w których setka dziewcząt z precyzją zegarka demonstruje zdolność wyeliminowania indywidualności i funkcjonowania jak potężna a sprawna maszyna, bijący rytm jazzu - wszystko to i wiele innych zjawisk stanowi odbicie systemu, gdzie jednostka staje twarzą w twarz z bezmiernym ogromem, wobec którego jest tylko drobną cząstką. Pisał to wówczas, gdy radio było najsilniejszym medium, nie telewizja, której moc wielokrotnie przerosła jego siłę. Czytałam tekst Fromma, gdy nas gnębiła cenzura, nie cywilizacja konsumpcji, i nie rozumiałam.

Oceny innego Amerykanina Saula Bellowa dopiero teraz uderzyły mnie przeraźliwą swą oczywistością:

Olbrzymie organizacje przygotowują dla nas swoją wersję porządku rzeczy (-). Zatrudniają w tym celu zupełnie przeciętnych reporterów. Kiedy ci reporterzy nadeślą materiał, podlega on obróbce redakcyjnej. A potem karmi się nas jednorodną substancją zwaną informacją, stworzoną przez ekspertów (czyli ideologów) całkowicie zindoktrynowanych przez kierownictwo. /-/ To, co czytamy w ogólnokrajowych gazetach i czasopismach, to sztuczna papka przyrządzona w celu nasycenia naszego głodu informacji.

Purgatoire. Po francusku brzmi to mocniej niż czyściec po polsku. Bardziej w nim słychać oczyszczanie, na które zostały skazane dziennikarskie roczniki z okolic mojego urodzenia. Tyle, że gdy się oczyszczą z przylepionego błota, nie stanie im czasu na czyste życie w błogosławionym stanie. Którego zresztą nie ma.

Ciekawe, że bardziej dostali po łapach najambitniejsi. Czołówka średniego pokolenia ze średnich pism (bo np. "Polityka" się ostała z załogą skompletowaną po schizmie w 1980 roku), a zwłaszcza reporterzy tak dobrze mniemający o sobie i niekochani z tego powodu przez kolegów.

Facet, który przez parę lat zgarniał w konkursach reporterskich pierwsze nagrody, aż mniej fortunni konkurenci sądzili, że tak już będzie zawsze, nie istnieje. Zniknął. Nie ma dla niego miejsca. A dostawał nagrody nie za chwalenie systemu. W konkursach reporterskich nagradzano prace ostre i odkrywcze, czasem z tego powodu nie drukowane. Robiła tak nawet "Trybuna Ludu" - nagradzała, ale nie drukowała. Cenzura by nie puściła, a szef naraziłby się na utratę stanowiska.

Reporterzy ostatnich dziesięcioleci poprzedniego wieku przestali istnieć publicznie. Coś tam skrobią, żeby zarobić na życie. Jeden założył własną agencję informacyjną, a po godzinach usiłuje pisać książki i sam je potem sprzedaje. Wielu pracuje w pisemkach, na które by kiedyś nie spojrzeli. Jeszcze innemu tyle razy plajtowali przedsiębiorcy i tyle razy bronił się przed zasiłkiem dla bezrobotnych, aż wreszcie został poratowany najniższym z możliwych półetatem w swojej parafii, dla której w lepszych czasach świadczył społecznie usługi redaktorskie. Wszyscy jednak stracili pełnię sił i umiejętności na pracę znacznie poniżej ich możliwości.

Bogate musi być społeczeństwo, które bez zastanowienia decyduje się na utratę kapitału doświadczenia i dobrych chęci.

Gdyby zostali w zawodzie, trudniej byłoby pewnie właścicielom zmusić ich do wchodzenia pod łóżka i nasłuchiwania, co się dzieje nad ich głowami. Do włażenia z butami w ludzkie uczucia. Do nieukrywania nieosądzonych pod inicjałami, lecz podawania pełnych ich imion i nazwisk. Nie tak łatwo łączyliby się w ujadającą sforę goniącą za wyznaczonym celem, by po kilku dniach rzucić się na cel następny. Może nie zapomnieliby zbyt szybko o medycznym przykazaniu obowiązującym każdego pracującego w sferze publicznej: primum non nocere.

Staram się pokrzepiać myślą - nasi rodzice mieli jeszcze gorzej. Jeśli przetrwali cywilizacyjną misję zachodnich sąsiadów i imperialną wschodnich, musieli przyjąć za oczywiste zasady, że nie matura, lecz chęć szczera robi z kogoś oficera i że robotnik lepiej pokieruje fabryką niż inżynier czy ekonomista.

Tamto pokolenie zostało dotknięte bardziej niż my, lecz czy to jest jakaś pociecha? Meandry naszych dziejów i naszych własnych poczynań doprowadziły do punktu, w którym jesteśmy, a z którego i tak jesteśmy niezadowoleni.


Basta Alicja, Rząd na główne danie, Wydawnictwo Adam Marszałek, Warszawa 2008
Zarząd - Webmaster - © Prawa Autorskie
Copyright © 2012 Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Wszelkie prawa zastrzeżone.